Kiedy śmierć przyjdzie mi przywitać,
zwykłego dnia- takiego dnia jak dzisiaj,
niechaj nie płaczą, którzy przyszli,
niech łez swych nie trwonią nad ciałem.
Żaden wielki grobowiec niech nie powstaje,
a jedynie kamienna, masywna głowica,
tym, którzy za życia mnie nie znali,
przekaże o dacie, nazwisku i obliczach.
Niechaj ogień jaśniejący zapalą
i lepiej jeden kwiat złożą- drogi acz żywy,
niźli dziesiątki wiązanek z plastiku-
tak wymyślnych, tak nieprawdziwych.
Niech czerń odrzucą, kolor radosny założą,
a gdy opuszczana będzie urna,
wykrojona ze szlachetnego marmuru,
niech mówią: „Jak dobrze, że umarł!”
Kiedy śmierć przyjdzie mi przywitać,
zwykłego dnia- takiego dnia jak dzisiaj,
nic szczególnego się nie wydarzy,
nic więcej, o czym mógłbym marzyć.
Słońce wstanie i zaświeci tak samo,
i wiatr powieje zupełnie nie inaczej
a mała dziewczynka na ulicy zapyta:
„Mamo, dlaczego wróbelek tak skacze?”

